to miejsce dla zdjęć: różnych zdjęć, często moich. i tylko tych, z którymi nie wiem co zrobić.

to także miejsce, gdzie będę pisał. często o zdjęciach, choć nie zawsze (tak myślę).

to przede wszystkim miejsce, które zachęcam do odwiedzania, od pisania w próżnię mamy pamiętniki.



zapraszam także na www.facebook.com/KL.fotografia - tam znajdziecie trzon mojej twórczości, której ten blog jest w istocie dopełnieniem



poniedziałek, 31 października 2011

koncert IAMX w Krakowie, 29.10.2011. wszyscy jak zahipnotyzowani wpatrują się przez półtorej godziny w pustą scenę. jak dowiedziałem się po koncercie opóźnienie wynikło z braku supportu, o którym nie wiedziałem, że ma być. a spora ilość osób wiedziała, więc dlaczego prawie nikt nie poszedł na piwo do baru kilka kroków na prawo i nie wrócił pod scenę na odpowiednią godzinę? tak, wiem, można by przytoczyć wiele powodów. ale i tak nie umiem się oprzeć wrażeniu pewnego absurdu.

sam koncert zaś był świetny.

sobota, 22 października 2011

pomysł zaczęty i chyba tyle. to i tak dobrze. ile pomysłów jest tylko pomysłami i zostaje nimi do końca swojej pomysłowej egzystencji. w środowisku początkujących fotografów przerażający jest ten stosunek idei do ich realizacji. nie żebym był wyjątkiem. zresztą może to po prostu normalne.

wracając do zdjęcia. miała to być seria zaaranżowanych portretów z perspektywy osoby w sytuacji kryzysowej. i teraz, kiedy o tym myślę, to chyba sprawa była przegrana na starcie - przekombinowany punkt wyjściowy, który sam w sobie za wiele nie mówi. kiedyś miałem taką tendencje do niepotrzebnego wikłania tematu i orientowania się w co wdepnąłem przy starcie projektu. dziś już staram się tak nie robić.

choć samo zdjęcie lubię i do teraz. znajdź miejsce gdzie jest dziura, poczekaj aż je zasypie śnieg, miej 15 min na zrobienie zdjęcia, "Wojtek stań tutaj i wyglądaj na zaskoczonego", wskocz do dziury, prawie strzaskaj aparat, męcz się z dyfuzorem, wyjdź z dziury i się nie zabij (najtrudniejsza cześć). tak... to mogła być sytuacja kryzysowa w istocie.

wtorek, 18 października 2011

fotografia zrobiona w czasie przygotowań, testów, wprawki przed sesją, która jest tutaj. ustawianie, mierzenie światła, pogadanka z modelem w luźnej mniej lub bardziej atmosferze to zabawny moment. pstrykam wtedy zdjęcie, bo po to mamy te cyfrówki, byśmy mogli mniej więcej zobaczyć czy to wszystko wychodzi zgodnie z planem. zabawne jest to, że zdjęcia wtedy wychodzą niejednokrotnie równie dobrze (bądź zgrozo - lepiej) niż te z właściwiej sesji. no i tak. Natalia ma tu jeszcze skarpetki, nie powinna ich mieć, skarpetki niszczą mi koncepcję (pomijając fakt, że światło nie jest skończone). ale było chłodno, a my się rozgrzewamy, więc ok. nie pamiętam czy tak sama podupadła na duchu, czy właśnie się rozgrzewa, ale wyszło to ciekawie.

bo w fotografii dobre zdjęcie (szczerze mówiąc nie wiem czy dobre - powiedzmy, że jestem zadowolony) może się zrobić przypadkiem, tak? idziesz po ulicy, pstryk, jest i trafiasz do galerii. niby tak, taka to dziedzina, że wszystko w aparacie się już robi za ciebie.
jednak to nie tak do końca. powiedzmy sobie uczciwie, istnieje prawdopodobieństwo, że kubełek farby ci się uleje i stajesz się guru abstrakcjonistów ekspresyjnych (nie przeszkadza mi wcale myśl, że część moich ulubionych obrazów tak właśnie wygląda i tym w właśnie może być). niech ktoś mi też powie, że dadaiści nie wpuszczali swoich kotów na maszyny do pisania (ich nie lubię).

twórczość bywa losowa, po prostu. jednak los rzadko pomaga jak się nie ma planu. Natalia wiedziała, co ma robić (chyba), ja wiedziałem, co chcę mieć na zdjęciu i do tego dążyłem, a że coś takiego się przytrafiło po drodze to i bardzo miło. na ulicy fotografie też nie zdarzają się do końca przypadkowe - nawet jak zdjęcie jest z biodra, na chybił trafił, pod wpływem impulsu, byle czemu. zawsze jest pewne nastawienie myślowe, coś co determinuje, kiedy wyciągam aparat. twórca będzie stanowił ramę, dla tego co robi.

i mimo tego, że w fotografii mamy względnie dużą dawkę losowego dreszczyku to nie ma co się łudzić - przypadkiem nie uda mi się wepchnąć do historii.